Każdy kto spędził kilka dni i nocy nad kartką, wymyślając nazwę dla swojego produktu, serwisu lub usługi wie, że lekko nie jest. Nawet jeżeli już wpadniesz na tą upragnioną, fantastyczną i jedyną nazwę to wszelkie nadzieje pryskają kiedy w końcu weryfikujemy ją w wyszukiwarce domen… Zajęta. Oczywiście.
Co tu dużo ukrywać, nasze własne “imię” powstało w podobny sposób. Miało być samo “click” (a click.pl było nawet wolne!) ale spóźniliśmy się i trzeba było uzupełnić nazwę o coś dodatkowego. Click5 brzmiało nieźle. Jak Chanel, jak Jacksoni, jak przybijanie piątki. Tak zostało. Ot i cała tajemnica.
Ale nie dlatego to piszę. Polecam artykuł z CNNMoney, na który się dzisiaj natknąłem: “The man who owns the internet”. Tekst o kulisach biznesu domenowego, o tym jak świetne nazwy dla potencjalnych produktów i serwisów marnują się bezpowrotnie, pasożytując na sile ludzkich skojarzeń, literówek i pomyłek. Tekst traktuje o zjawisku starym jak świat www, ale daje szerszy obraz zakulisowych działań, które nakręcają ten proceder. Lobbing u premiera Kamerunu w celu przejęcia kontroli nad domeną .cm? Czemu nie.
Te działania mają jednak według mnie szerszy wymiar niż tylko trudności z rezerwacją swojego adresu w internecie. Zmienia się język, bo zmieniają się nazwy produktów i usług, które przecież go również tworzą. Powstają te różne Zune, Wii, które i tak brzmią nieźle w porównaniu do nazewnictwa sprzętu elektronicznego (czy Twój SGH-E900 łączy się z A8H-4P018?) Gubi się też gdzieś intuicyjność tego medium i pierwotna idea samych domen. Kiedy pod generycznymi, prostymi nazwami typu religion.com czy laptop.com lub pod nazwą szukanej firmy zamiast treści, kryją się rzędy pay-per-click’ów zaciąganych z Google tracimy zaufanie do instytucji domeny. Wtedy tradycyjne okienko adresu w przeglądarce zaczyna zastępować inne pole tekstowe, znacznie skuteczniej prowadzące nas do upragnionego celu. Pod koniec dnia, Google znowu wygrywa.